Adrspach


W.W.Tomek - Wspomnienia z mojego żywota

I. str. 65 - 1835 ...W tym tygodniu potem miał być wyjazd do Abrspachu (obecnie: Adrszpach). Powstrzymały go dwa deszczowe dni, które strawiłem częściowo na lekturze Cezara, spacerując przy tym po korytarzach klasztornych. Dopiero w środę (2 września) wypogodziło się, zwłaszcza pięknie było po południu... W czwartek (3 września) pojechaliśmy w końcu do Abrspachu, o siódmej rano, we trzech powozach. W pierwszym siedział proboszcz z p.[patrem] Basilim, w drugim pan dyrektor z panią dyrektorową a naprzeciwko nich chłopcy - Lojziczek i parwista [uczeń pierwszej klasy] z Braumowa [Broumova] - Kober, syn ówczesnego doświadczonego radnego w Braumowie, w trzecim pojeździe dziewczęta, Pepiczek i ja. Jechaliśmy przez Bukovice, przez Pěkov i przez Lachov, a potem dalej przez Teplice; sądzę, że proboszcz z patrem Basilim jechali dalszą, ale za to wygodniejszą drogą przez Žďár, Medhuję i Dědowy [Dědov], a potem już razem dalej. Kiedy wjeżdżaliśmy do gospody Abrspaskiej, skąd prowadzi się podróżnych do skał, z podwórca wychodził student Jandaurek (teraz jest kanonikiem w Pradze), który mieszkał w Braumowie u Dáňowów, w czasie kiedy pan Dáňa był tam skarbnikiem w majątku ziemskim, a więc do roku 1833. Zatrzymaliśmy się i rozpoczęliśmy rozmowę z nim; myślę, że zaproszono go aby został z nami, ale nie mógł bo śpieszył się, jak sądzę do Žacléřa; gdzie jego ojciec był leśniczym... Skały Abrspaskie i wodospad i słynne echo były to godne obejrzenia wspaniałości, na które bardzo się cieszyłem, jak tylko dowiedziałem się o nich ze szkolnego podręcznika z principi [ze wstępu]. Porównanie skał do rozlicznych postaci, o których wykładał nam przewodnik, zajmowało mnie tylko przy niektórych; co do większości byłem raczej krytyczny. Po obejrzeniu skał jedliśmy obiad i piliśmy; w drodze powrotnej ponownie piliśmy wino i słodki likier w Teplicach; następstwem czego bawiliśmy się w powozie naszym, do którego dosiedli się Kober i Lojziczek, aż nazbyt wesoło.

I. str. 125-126. 1838 ... Miasto Landshut [Kamienna Góra] wydawało się nam dość okazałe, ...Wspomniana droga wiodła nas stąd przez Křesobor (Krzeszów, Grüssau), sławny swymi dwoma wspaniałymi kościołami, pozostałościami niegdysiejszego klasztoru Benedyktynów...Kościół Krzeszowski jest godny zapamiętania jako miejsce pochówku ostatniego księcia świdnickiego - Bolka... Z Krzeszowa szliśmy przez miasteczko Schönberk [Chełmsko Śląskie] ku granicom czeskim ku Aberspachowi. Przebiwszy się przez las graniczny spotkaliśmy się z jednym młodym Pomorzaninem... i szliśmy kawałek z nim... Po około 3/4 godziny byliśmy poniżej Schönberku, w Górnym Adrszpachu. Skały widzieliśmy już wcześniej jak wyrastają z zalesionych zboczy; nie poszliśmy jednak ich oglądać ze względu na nogi Lojziczka, już tylko w gospodzie zajrzeliśmy do księgi pamiątkowej, gdzie odszukaliśmy nasze nazwiska wpisane przed trzema laty, i ponownie się wpisalismy. Po obiedzie szliśmy zwykłą drogą przez Teplice i Lachov, zatrzymaliśmy się w Teplicach w jednej gospodzie na żejdlik [dawna miara pojemności, łut] wina, którym Lojziczek znakomicie się wzmocnił, tak że trochę zapomniał na boleści nóg; i tak bez dalszych przygód około wpół do siódmej wieczorem wróciliśmy do Policy.

I. str. 238. 1846 ...Z Policy zaraz potem nazajutrz (27 sierpnia) wyruszyliśmy w drogę ku własnemu celowi. Pan dyrektor polecił dowieźć nas aż do Abersbachu. Tam przeszliśmy przez Skały i posłuchaliśmy echa jak zwykle, a w samo południe ruszyliśmy w dalszą drogę przez granicę kraju, skąd prowadzi piesza ścieżka z wierzchołka dość głęboko w dół przez las, podobna do ścieżki pod Gwiazdą, ku miasteczku Schömburk...

II. str. 362. 1878 ...I nazajutrz potem z powodu niesprzyjającej pogody porzuciliśmy myśl wejścia na Hejšovinę [Szczeliniec], lecz wyruszyliśmy w drogę do skał Abersbaskich. W czasie marszu przez Lachov do dworca w Teplicach złapał nas niewielki deszcz, ale potem było pięknie. Od Teplic jechaliśmy tamtejszym omnibusem dalej aż do Abersbachu, gdzie odbyliśmy na piechotę przejście przez skały. Z powrotem, po obiedzie w gospodzie koło Skał, szliśmy do dworca w Teplicach pieszo, a stamtąd następnie odjechaliśmy pociągiem do Policy.


Na wycieczkach

Wycieczka do skamieniałych miast

Do najpiękniejszych osobliwości północnowschodnich Czech należą skamieniałe czyli Skalne Miasta. A gdzież znajdują się te Miasta? Rozciągają się w pobliżu czeskich granic na północ za Czervenym Kostelcem w kierunku pruskiego Śląska, ale nie są to rzeczywiste miasta, ale dziwy przyrody, jakich niewiele na kuli ziemskiej. Tysiące pątników łaknących piękna niedoścignionych wytworów artystki i matki przyrody przychodzą tu corocznie i nie ma takiego, który by nie oniemiał przechodząc przez skamieniałe miasta, czy nie zdziwił się ich czarownym właściwościom. Mówimy o skałach w Zámrsku (Adersbach) i koło Teplic (Weckelsdorf).
Słyszałem o nich już jako mały chopiec. Moja babcia często mi o nich opowiadała, bowiem przechodziła obok nich idąc do Wambierzyc. Wielokrotnie opisywała słynną Głowę Cukru, Pana Starostę i inne skały, budząc w mej duszy chęć poznania tych miejsc. Ta chęć nie zanikła i została spełniona w niedawnym czasie. Długo przyszło mi czekać, ale się doczekałem.
W wakacje 1881 roku w Nachodzie zorganizowano zjazd nauczycieli czeskich. W programie znalazła się także wycieczka do aderszbaskich i teplickich skał, z której bardzo się cieszyłem. W piękny poranek wsiadaliśmy w Nachodzie do pociągu specjalnego, zamówionego i przygotowanego dla prawie 400 uczestników i pięknym, przyjemnym krajem jechaliśmy bliżej i bliżej do gór, o których poeta Züngel tak pisał:

"Ach góry, góry
w mglistej oddali,
od wieku jużeście
na straży stały;
by cudzoziemiec
się tu nie wkradł,
i synom drogiej ojczyzny
nie wykradł"

W Teplicach wycieczkowicze jak pszczoły wyroili się z pociągu i jak na komendę na dworcu zagrzmiało: "Na zdar!" Przed stacją czekały powozy. Niektórzy wsiadali, ale tych była mniejszość. Większość wybrała swobodny spacer pieszo przez mile nas witającą krainę. Jednym walnym zastępem maszerowaliśmy do przodu wspierani i ożywiani energiczną orkiestrą, która nam towarzyszyła na wycieczce. Po długiej, lecz nie męczącej drodze stanęliśmy przed gościńcem na skraju skał adersbaskich. Przy wejściu witał nas serdecznie miejscowy nauczyciel, czeski rodak. Posililiśmy się - a kto pamiętał i był przezorny - zaopatrzył się też na dalszą drogę. Tu i tam pojedynczy, a następnie kilka mniejszych albo większych skalnych bałwanów razem witało nas swym posępnym wyglądem jako straż przednia i ochrona miasta. Wkrótce doszliśmy do Głowy Cukru, specjalnemu dziwowi skał adersbaszskich. Jest to ogromny bałwan piaskowcowy, w górze około 2 i 1/2, na dole 1/2 metra szeroki a wysoki na 9 i 1/2 metra, wyglądający tak jakby to była gł wa cukru, którą ktoś obrócił wierzchołkiem w dół i pozostawił w tej pozycji. Wierzchołek ów zanurza się w małym bagnie i oblewa go stale woda. Robi się nam nieswojo, kiedy stoimy blisko, bowiem można się spodziewać, że w najbliższej chwili ten wielki bałwan się przewali i zmiażdży nas swą wielką masą. Dotąd tak się nie stało, ale nie możemy nikogo zapewnić, że tak się za kilka lat nie stanie; ponieważ wąska opoka bałwanu przy ziemi stale jest zmoczona wodą i wypłukiwana jej tokiem, a ponieważ piaskowiec szybko się kruszy, może bałwan zwalić się niespodziewanie. Niedaleko od drogi na prawo stoi altana, z której najlepiej słychać odbicie echa. Ludzie tutaj zatrudnieni wygłaszają przemowy, trąbią na waltorniach i skrzydłówce, strzelają z moździeży, czy jeszcze inaczej bawią podróżników. Każde słowo, każdy dźwięk i uderzenie odbija się najpierw od skał leżących naprzeciwko a potem wędruje dalej. Pierwsze odbicie jest tak jasne i wyraźne, że słuchacz jest zaskoczony i ze zdziwieniem go słucha. Wydaje się, że pod skałą stoi inny człowiek, mówiąc i trąbiąc tak samo jak zabawiający nas. Kolejne odbicia słabsze i coraz słabsze, aż giną w oddali. Słuchanie tych ech jest przyjemne i polecamy je każdemu, kto chce odwiedzić Skalne Miasta. Szliśmy dalej a nasza ciekawość rosła z każdym krokiem. Nasz przewodnik począł wskazywać i objaśniać. Takich przewodników w skamieniałych miastach jest kilku. Są dla podróżnych przewodnikami w tej skalnej wieży Babel, zwracając ich uwagę na poszczególne zjawiska, grupy skał i inne szczegóły. Wędrowanie w skałach bez przewodnika byłoby stratą czasu; ponieważ osoba obca nie zna drogi ani nazw miejscowych i poszczególnych skał oraz nie wie skąd którą rzecz szczególną zobaczyć i obserwować ma. Przewodnik jest niezbędny i my także poznaliśmy jego przydatność na naszej wycieczce. Po wysłuchaniu echa przewodnik nasz pokazał nam urnę, ambonę, bębny i piszczałki organów. Dalej wysoko jakby rzeźbiarza zdatną ręką wyciosana - spogląda na "Miasto" głowa burgrabiego. Dziwiliśmy się niepomiernie temu zbiegowi gry natury z wyrazem artystycznym. Wąskim wejściem, w którym winniśmy zapłacić za wstęp do pełnego czaru Miasta, wchodzimy do Skał właściwych Ulicą Jezucicką, której obie strony tworzą ogromne ściany skalne, wystające wysoko ponad naszymi głowami. Co chwilę się zdumiewamy, nieustannie się dziwimy. Widoki jak w panoramie zmieniają się szybko po sobie, jeden piękniejszy od drugiego. Mały Rynek, Długa Aleja, Piramida, Tablice Mojżesza, Gród, Zab Karkonosza, odważny Diabelski Most, Swiątynia z Wieżą - to szereg rozmaitych form skalnych. Przewodnik zatrzymał się przy głazie leżącym na szlaku, na którym wyryto tablicę z napisem już dziś nieczytelnym. "Oto jest "kamień gromowy" pouczył nas przewodnik i kontynuował: "Pewnego razu przybyli zwiedzać skały dwaj Anglicy, który wymyślili sobie, że będą czekać tak długo aż usłyszą uderzenie gromu w czasie burzy. Czekali długo ale się doczekali. Szli właśnie tym szlakiem, kiedy piorun uderzył w skałę nad nimi i kawał jej odłupał. Kamień pozostawiono tu na pamiątkę a na nim wykuto napis. Obaj Anglicy po tym wydarzeniu zarzekali się, że już nigdy nie będą czekać w skałach na burzę" dodał przewodnik. A my aż dotąd mu wierzymy. Interesujące są też Pstrągi, Prasa i Wielki Rynek. Następnie doszliśmy do Srebrnego Żródła, gdzie kilka dziewcząt oferowało nam świeżą wodę. Prawie każdy podróżny orzeźwił się szklanką wody po dotychczasowym spacerze i nagrodził krajcarem usłużne dzieci. Po chwili stanęliśmy przed jaskinią, gdzie znajdował się długo oczekiwany Wodospad. Wprawdzie przewodnik kilkakrotnie wołał, aby nikt nie oddalał się zbyt daleko w głąb jaskini, gdzie woda może silnie i ostro spadać, ale ciekawość zwyciężyła i wycieczkowicze skupili się tuż przy poręczy. Woda wolno opadała. Ale wtem! Słabe gwizdnięcie, znak dany przez stojącego na dole przewodnika, że publiczność się zgromadziła i, że można puszczać wodę i - z ogłuszającym hałasem runęła woda w dół pełnym prądem. W jednej chwili jaskinia napełniła się miliardami rozpryskujących się i padających na nas kropel. Z grzmotem wody zmieszał się krzyk przestraszonych i radosne okrzyki ze śmiechem. Powstało ogólne zamieszanie i ucieczka z jaskini. Przepływ wody zatrzymano a woda spokojnie i cicho płynęła dalej. Może śmiała się z żartu, którym corocznie przestrasza kilkaset razy podróżników i wycieczkowiczów... Z boku wodospadu skręciliśmy do grupy skał, w której prowadzą wąskie schody wiodące w górę. Dokąd nas zaprowadzą? Do Jeziorka. Jeziorko w skałach podobne jest do naczynia umieszczonego na sztucznie postawionych głazach i robi zdumiewające wrażenie na przychodzącej osobie. Jest dość przestronne i ukryte w skałach jak gniazdo pod okapem. Woda jest ciemna. Przywodziła nam na myśl liczne miejsca z naszych bajek ludowych o jeziorach bez dna. O tym jeziorku lud także baja, że nie ma dna. Na wodzie kołysały się dwie łódki, do których siadają podróżnicy dając się wozić po jeziorze. Użyjemy i my tej radości. To z jeziora wypuszcza się wodę do jaskini, którą odwiedziliśmy wcześniej i która tworzy tak słynny wodospad.Wróciwszy od jeziorka na dół rozłożyliśmy się na miękkim mchu, który zapraszał so odpoczynku. Niektórzy zrywali czarne jagody dla orzeźwienia i posilenia się, inni posilali się przekąską, którą zabrali na drogę.


Pamiętnik. 1846

Str. 143-144 ...Z Hirschberskiej Teplicy [Cieplic koło Jeleniej Góry] dostaliśmy się do Schmiedeberka a stamtąd zjechaliśmy prostą drogą do Aberspachu. Schmiedeberk jest to dość wielkie górskie miasteczko, ma piękny kościół św. Anny i już w 1148 roku wzmiankuje się tu o górnikach.

Był wieczór, kiedy przyjechaliśmy do sławnego Aberspachu; na drugi dzień rano wyruszyliśmy z gościńca, za którym zaraz otwiera się interesujący labirynt. Najpierw szliśmy obok wysokiej na 50 stóp Głowy Cukru, która jest szersza w górze niż u podnóża, tak że rzeczywiście wygląda jak obrócona głowa cukru. Znadują się tu piaskowcowe skały rozciągają się na długość na półtora godziny i na pół godziny na szerokość. Skały sterczące pionowo na wysokość 150 i więcej stóp, w najrozmaitszych grupach tworzą zdumiewające postacie. Szliśmy dalej obok wspomnianej skały między skalnymi ścianami. Wydawało się nam, że wędrujemy przez ruiny starego miasta, jak byśmy przechodzili wypłukanymi przez morze ulicami zatopionej Arkony. Tu przewodnik otworzył nam małe drzwi i szliśmy dalej po mokrej piaszczystej ścieżce; wskazywał nam rozmaite skały i podawał ich nazwy: Kamień echa, Kapucyn, Rekawiczki, Rajca, Urna, Szubienica, Wrocławski kościół św. Magdaleny, Ambona, Piramida, Grzyb, Ruina, Przepołowiony Kamień, Mops i wiele innych. Wszystkie nazwy wiążą się z podobieństwem skał do ich znaczenia. Przewodnik jedną ze skał nazwał cesarzem Leopoldem. Kiedy zapytaliśmy go, którego Leopolda ma na myśli - pierwszego czy drugiego, odpowiedział: "Welchen Se wullen" [gwarowe: którego Państwo wolicie]. W końcu doszliśmy do pięknie zieleniącej się łąki, poniekąd oko nasze się pokrzepiło; ale prędko znów przedzieraliśmy się przez czarną jaskinię do wodospadu, gdzie czekało na nas piękne widowisko; stanęliśmy przy poręczy a wtem nagle ze strasznym hałasem zaczęła padać woda niezmiernie silnym prądem; przewyższa to piękno wszystkich innych wodospadów, które widzieliśmy w podróży. Stamtąd szliśmy do skał nazwanych Jaskinią Rozbójników (Räuberhöhle), a potem do głębokiego jaru, niezmiernie powabnego, aż do ruin Althaus [Stary Zamek]. Pochodzi on, jak się mówi, z piętnastego wieku i ładnie wygląda na tle wokół rozpościerających się skalnych straszydeł. Mówi się, że w skały w roku 1629 uciekł Duński hetman ze swą kochanką i że został napadnięty przez żołnierzy, którzy go śledzili, i właśnie kiedy jeden z nich wyciągnął na niego miecz, wówczas podobno w wojaka uderzył piorun a ten spadł ze skały. Jest na tym miejscu napis: "Hier strafte fuchtbar Gottes Blitz" [tutaj ukarany został gromem Bożym]. Potem wróciliśmy i pośpieszylismy do Trutnova, gdzie przyjął nas praski pociąg pośpieszny i lotem przyjechaliśmy z powrotem do starosławnej Pragi.